Kryształowy czerep z Lubaantun, zwany od nazwiska domniemanego odkrywcy „Czaszką Mitchell-Hedgesa”, stanowi jeden z najbardziej zdumiewających artefaktów. Jest jedyną jak do tej pory czaszką z ruchomą, odłączaną dolną szczęką. Poraża swym nieskazitelnym pięknem, linią, kształtem, optycznymi fenomenami, aurą tajemnicy w jakiej się pojawiła i w której istnieje po dzień dzisiejszy.

Historia odkrycia

Artefakt odnaleziono rzekomo w kwietniu 1927 r. podczas prac wykopaliskowych w Lubaantun (w ówczesnym Hondurasie), prowadzonych przez ekipę dr Ganna z British Museum we współpracy z poszukiwaczem przygód i znanym awanturnikiem, baronem Frederickiem Mitchell-Hedgesem. Podróżował on po Ameryce Centralnej wraz ze swą przybraną córką Anną Le Guillon Mitchell-Hedges. W dniu 17. urodzin Anna odnalazła czaszkę zagrzebaną pod resztkami ołtarza Majów, trzy miesiące później odkryto w nienaruszonym stanie dolną, kryształową żuchwę, zagrzebaną w tym samym pomieszczeniu. Tak przynajmniej brzmi oficjalna wersja zdarzeń, która pojawiła się w latach 60., kiedy to Anna, po śmierci swego ojczyma, odziedziczyła kryształowy czerep.

Czaszka Mitchell-Hedgesa

Wersja ta początkowo przyjmowana bez zastrzeżeń (do tej pory figuruje na stronach Wikipedii jako niepodważalna prawda), już w latach 70. doczekała się znacznej krytyki ze strony niezależnych badaczy. Z jednej strony nie zachowały się jakiekolwiek dowody świadczące o pobycie Anny M.-H. w Lubaantun, nie ma jej na żadnym zdjęciu, jak również nie wspomina jej żaden z uczestników wyprawy, lady Brown, dr Thomas Gann, czy nawet jej ojciec. Z drugiej, odnaleziono zapiski świadczące o tym, że co najmniej od 1933 r. czaszka ta znajdowała się w rękach niejakiego Sydneya Burneya, brytyjskiego kolekcjonera antyków, który w 1944 r. sprzedał ją F. Mitchell-Hedgesowi za czterysta funtów na aukcji w Sotheby’s. Wcześniej znajdować się miała kolejno w rękach kilku innych Brytyjczyków o nieznanym nazwisku.

Mitchell-Hedges, nawet po zakupieniu artefaktu, nie przejawiał najmniejszej ochoty w nagłośnieniu jego istnienia (co później uczyniła jego córka). Jest to o tyle dziwne, że wielokrotnie pisywał do prasy nt. odkryć dokonanych w Lubaantun, przypisując sobie rolę wielkiego odkrywcy i badacza. Poszukiwał wtedy, jak wielu innych fantastów, dowodów na istnienie legendarnej Atlantydy, a tak niezwykłe znalezisko z pewnością mógłby wykorzystać do własnych celów. Nie uczynił tego, podobnie zresztą jak po jej zakupieniu od Burneya. Ponadto wszelkie adnotacje nt. czaszki, które zamieścił w swej autobiografii, usunął w późniejszym wydaniu (z 1955 r.); a przecież, w gruncie rzeczy, wspomniał o niej tylko w dwóch miejscach, opisując swą podróż do Afryki:

„Zabraliśmy z sobą ową złowieszczą Czaszkę Przeznaczenia [Skull of Doom, co można przetłumaczyć również jako ‘Czaszkę Zagłady’], o której tak wiele pisano (…)”. I dalej:

„Mam powody, aby nie ujawniać w jaki sposób znalazła się w moim posiadaniu (…). Liczy co najmniej 3600 lat i według legendy służyła najwyższemu kapłanowi Majów do odprawiania ezoterycznych rytuałów. Mówi się, że jeśli ktoś przywoła za jej pośrednictwem śmierć, to śmierć niechybnie nadejdzie. Mówiono też, że jest ucieleśnieniem wszelkiego zła. Nie próbuję nawet wyjaśnić tego zjawiska”.

Nawiasem mówiąc Anna M.-H., która początkowo obwiniała czaszkę za nieszczęścia, które spadły na jej ojca, później zmieniła radykalnie zdanie: „Czaszka przynosi zdrowie, szczęście i radość życia. Zawsze znajduje się tam, gdzie ja, nawet w sypialni. Wiem, że mnie chroni. Chroniła mnie przez całe życie”. „Nazywam ją Czaszką Miłości, podobnie jak Majowie”. „Majom służyła do różnych celów, szczególnie do uzdrawiania”. („Tajemnica Kryształowych Czaszek”, str.30-31). Można powiedzieć, że przyjęła bardziej marketingowe podejście do rzeczywistości…

Skąd więc taka tajemniczość i zmowa milczenia? Wygląda to tak, jakby czaszka została skradziona, lub zdobyta w innych, niezbyt jasnych okolicznościach – czekano więc aż „sprawa przyschnie”. Mitchell-Hedges znany był nie tylko z bujnej wyobraźni, ale i z pokątnych interesów oraz szulerki. W Kanadzie przegrał w karty cały swój majątek. Utrzymywał, że walczył w Meksyku u boku przywódcy partyzantów Pancho Villi. W 1928 r. przegrał proces z jedną z gazet o zniesławienie – w celu zdobycia rozgłosu posunął się do sfingowania napadu rabunkowego! A z drugiej strony w sprawie czaszki milczał jak grób, tak jakby nie zależało mu na ujawnianiu jej istnienia…

Wg niektórych osób czaszka wykradziona została z kolekcji obalonego cesarza Meksyku Maksymiliana w czasie francuskiej okupacji w połowie XIX wieku, a cała sprawa powiązana była z niejakim Eugene Bobanem, XIX-wiecznym handlarzem działami sztuki, którego podejrzewano o spieniężenie kolekcji wykradzionych czaszek… Jedną z nich była Czaszka Brytyjska, zakupiona przez British Museum w 1898 r. na aukcji u Tiffany’ego w Nowym Jorku. Czaszka ta wygląda niemal identycznie jak Mitchell-Hedgesa, z tą tylko różnicą, że składa się z jednego kawałka kryształu, a nie dwóch. W lipcu 1936 r. opublikowano nawet artykuł w angielskim periodyku naukowym „Man” (A morphological comparison of two crystal skulls by G.M. Morant), w którym opisano podobieństwa anatomiczne między oboma kryształowymi czerepami. Wg autorów podobieństwo to było na tyle duże, że Czaszkę Brytyjską uznano za nieco gorszej jakości kopię, lub podróbkę „czaszki Burneya”, (w którego to posiadaniu była od co najmniej 1933). Istotne są również uwagi anatomiczne: „an American Indian skull would be expected to have more projecting jaws and a broader and higher facial skeleton”. Czyżby więc czaszka z 1927 r. miała stanowić model dla czaszki dla tej z 1898? Jak widać radosna opowieść o urodzinowym znalezisku w Lubaantun (nie przypomina nam to historii z Hobbita?) sypie się coraz bardziej… Możliwe, że czaszka „brytyjska” stanowiła twór niedokończony, a w założeniach również miała mieć szczękę ruchomą… Możliwe, że była to tylko kopia, albo że jakakolwiek zbieżność jest jedynie dziełem przypadku…

Trop indyjski – czaszka Nag-lha

Szereg lat temu miałem przyjemność korespondować z polskim badaczem tajemnic, panem Bogusławem Korabem Kowalskim, członkiem grupy badawczej prof. Lameda z San Francisco, który to uzyskał szereg nowych informacji nt. „czaszki Mitchell Hedgesa”, opublikowanych w polskiej prasie w latach 80. i od tej pory praktycznie nieznanych, nie wspominając o źródłach anglojęzycznych, gdzie tez próżno szukać jakichkolwiek nowych informacji.

Czaszka Mitchell-HedgesaWedług uzyskanych dokumentów w XIX w. na czarnym rynku pojawiła się tzw. „czaszka Nag-lha”, złożona z dwóch elementów – czerepu i ruchomej żuchwy – której przypisywano rodowód tybetański. Na początku dwudziestego wieku znika z pola widzenia, pojawia się za to „czaszka Burneya”. Dalej, osoby zamieszane w transakcje z Nag-lha znały zarówno Burneya, jak i Mitchell-Hedgesa, a stąd już krótki krok, by uznać, że obie czaszki są jedną i tą samą…

Czaszka Nag-lha miała zostać jakoby wykradziona przez europejskich awanturników z klasztoru Ch’os-gri-khang, z tybetańskiej pustelni Miecza Dharmy w pobliżu Himalajów. Stąd trafiła do południowych Indii, gdzie obecna była w 1878 r. Następnie ślad po niej ginie do 1908, kiedy to znowu pojawia się na rynku, po to by po raz kolejny zniknąć, zapewne w rękach kolejnego kolekcjonera antyków. Z niebytu wynurza się w 1920 r. w indyjskim mieście Benares (obecnie Vanarasi), gdzie kupuje ją Earl H. Higgins, znajomy Mitchell-Hedgesa i typ raczej nieszczególny. Higgins zabiera czaszkę z Indii do Stanów Zjednoczonych, gdzie zastawia ją u nowojorskiego bankiera. W 1923 r,. Higgins wykupuje czaszkę i zabiera ją do Europy, gdzie spotyka się ze swoim bratem, Hughem. Burney czaszkę posiadał przed 1933 r., obiecywał ją Mitchell-Hedgesowi, wiadomo również o liście Earla Higginsa do M.-H. z 1922 r., a więc na krótko przed jego wyjazdem. W każdym razie w momencie kiedy urywa się trop „czaszki Nag-lha” i Higginsów, zaczyna swój żywot identyczna „czaszka Burneya”…

Burney w 1936 udostępnia czaszkę do testów porównawczych Narodowemu Instytutowi Antropologicznemu Wlk. Brytanii, w końcu wystawia ją na aukcji w Sotheby’s w 43, z której ją wycofuje i „odsprzedaje” M.-H. Czaszka nie jest pełną własnością barona M.-H., który miał ją mieć na zasadach jakiegoś zastawu, bądź depozytu. Frederick wspomina o niej po raz pierwszy dopiero po śmierci Burneya w 54 r., i stad prawdopodobnie ta cała otoczka tajemnicy – Mitchell-Hedges nie miał pełnych praw do reliktu, inaczej mówiąc czaszkę sobie przywłaszczył. W każdym razie człowiek ten, który obracał się w światku typów raczej nieszczególnych i sam miał podobny charakter, możliwe że miał inne powody by czaszką się nie chwalić i nazywać ja „Czaszą Zagłady”. Za wieloma zabytkami, jak za skarbem Xibalba, ciągnęła się lista zagadkowych morderstw i śmierci. Zresztą po dziś dzień w handlu skradzionymi dziełami sztuki wszelkie chwyty są dozwolone, a osoby niewygodne są eliminowane. Po tak burzliwym okresie czaszka spoczęła w rękach Anny Mitchell-Hedges rozpoczynając nowy żywot. Z Czaszki Zagłady zmieniła się w Czerep Miłości, z zabytku Tybetu w relikt Majów… Wszystko zapewne po to, by zatrzeć ślady jej pochodzenia, a sama historia mogłaby posłużyć za kolejny scenariusz do Tomb Raidera czy Indiany Jonesa…

Właściwości

Cóż jednak jest takiego niesamowitego w tym zabytku? Z jednej strony jest to jedyna istniejąca czaszka wykonana z kryształu, mająca ruchomą dolną żuchwę, jedyna o takiej, niemal perfekcyjnie drobiazgowej, zgodności anatomicznej z prawdziwym modelem. Wszystkie inne które pojawiły się na rynku wykonane sa w sposób daleki od ideału i tylko z jednego kawałka kruszcu. W zasadzie odkryto tylko jedną niezgodność anatomiczną, poza drobnymi uproszczeniami: wyżłobienia w zębach trzonowych zamiast kształtu plusa (+) mają kształt iksa (x)… Przy tak ogromnej precyzji, trudno sądzić by jej tworca dokonał tak istotnej pomyłki, stąd pojawiły się głosy, że czaszka, lub jej model, nie do końca był ludzki…

Czerep jest idealnie symetryczny, nie zdradza ponadto śladów obróbki przez kilka osób. W zasadzie pod mikroskopem elektronowym nie odkryto żadnych śladów obróbki, ani mechanicznej, ani też ręcznej, polegającej na szorowaniu kryształu pyłem piaskowym… Sama obróbka musiała wymagać nie lada fachowości, w krysztale zidentyfikowano trzy warstwy o odmiennym ustawieniu osi, pozwoliło to również odkryć, że oba fragmenty wyrzeźbiono z jednego kawałka kryształu, Anie dwóch oddzielnych… Wg „naukowych” teorii wykonanie tegoż reliktu wymagałoby mniej więcej dwustu – trzystu lat mozolnej pracy prymitywnych szlifierzy, posługujących się drobnoziarnistym piaskiem… Samo słowo prymitywny kłóci się z efektem końcowym – czaszka, wbrew publikowanym obrazkom, nie przedstawia osoby rasy żółtej, tylko białej, typu długogłowego, ponadto efekt końcowy, uzyskany realizm nie ma wiele wspólnego z obecną w sztuce Majów czy Azteków groteską i bardziej plemiennym wymiarem sztuki… Mamy tutaj do czynienia z typowo „racjonalizatorskim”, miast racjonalnym, spojrzeniem świata nauki na niezbyt wygodne kwestie. Albo dowody wciska się w ramy teorii, zamiast na odwrót, albo tez całą rzecz się bagatelizuje i przemilcza. Zawsze też można wszystko sprowadzić do wymiaru „prymitywnego fałszerstwa”. 300 lat pocierania piaskiem? To tak jakby znaleźć przypadkowo obraz van Gogha na wyspie pełnej szympansów i stwierdzić, że miejscowa populacja tych zwierząt musiała poświęcić na jego wykonanie zapewne kilkaset lat korzystając z miejscowych traw i owoców… Albo autor jest inny, albo my mamy błędne przekonanie o twórcach…

Z drugiej strony, czaszka ta posiada cechy budowy świadczące o tym, że wykorzystywano ją albo w celach ezoterycznych, albo sakralnych. U dołu posiada dwa niewielkie otwory, umożliwiające mocowanie (wg zapisków czaszka Nag-lha służyła do celów wróżebnych i potrafiła „sama mówić”, zapewne wprawiana w ruch przez kapłana…). U podstawy z kolei wycięto pryzmat pozwalający rozczepiać strumień światła, a sam kryształ wybrany został w taki sposób, że światło w jego wnętrzu ulega zakrzywieniu. Podświetlenie czaszki od dołu powoduje, że światło wydobywa się z jej oczu…Zapewne wystawiona w jakiejś świątyni musiała sprawiać przerażające wrażenie wobec plebsu.

Aspekty fotooptyczne świadczą o jednym, ktoś zadał sobie masę trudu w ich uzyskanie, są celowe i nieracjonalne. Jeżeli czaszkę wykonali jacyś genialni rzemieślnicy niemieccy, zajmujący się szlifierką kryształów, to po co tyle trudu w tworzenie niepotrzebnych detali, skoro można było „opchnąć” towar znacznie gorszej jakości i jednym kawałku? Skoro miałby to być europejski „falsyfikat” to czemu po dziś dzień nie pojawiła się jego kopia? Skoro można było na czymś robić interes wpuszczając na rynek, to czemu tylko jedną czaszkę, która w dodatku krążyła w „drugim obiegu”, z jak najmniejszym rozgłosem?

Jedno jest pewne, czaszka Mitchell-Hedgesa „zapewniła” swej obecnej właścicielce wyjątkową długowieczność. Anna Mitchell-Hedges dożyła 100 lat, odchodząc z tego świata 11 lipca 2007 roku.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter