MUZYKA Arctic Monkeys - Favourite Worst Nightmare
AUTOR Michał 'Saarth' Paduch
Tak to jest, kiedy oczekiwania się zbyt duże, a umiejętności jeszcze nie te. Po genialnym Whatever People Say I Am, That's What I'm Not wszyscy - od fanów po krytyków - oczekiwali czegoś wielkiego. Ambitnego i świetnego, jednym słowem czegoś lepszego od pierwszego albumu, który i tak był niemalże idealny. Nie wyszło…

Arctic Monkeys - Favourite Worst Nightmare
Arctic Monkeys - Favourite Worst Nightmare



Arctic Monkeys, bo o nich mowa, są wyjątkowi. Nie dlatego, że ich muzyka jest taka, czy wyróżniają się imagiem niczym Marilyn Manson. Otóż zostali całkowicie wylansowani przez Internet. Gdyby nie to, nikt by nie słyszał o Arctic Monkeys. Smutne, czyż nie? Zwłaszcza, że ich pierwszy album, wspomniany Whatever…, stał się najlepiej sprzedającym debiutanckim albumem w Wielkiej Brytanii w całej historii fonografii. Wylansowani na gwiazdy indie rocka, stali się ikonami, czy na razie ikonkami tego gatunku, czy całej podkultury na wyspach.

Ale dość historia zna gwiazd jednego albumu, więc i Małpy nie zamierzały kończyć na tym. Niedawno, bo dnia 23 kwietnia (18 w Japonii) na Wyspach wyszła najnowsza płyta zespołu nazwana, nie wiadomo czemu, Favourite Worst Nightmare. Składa się ona z dwunastu utworów, wraz z promującym ją singlem Brainstorm.

Głównym zarzutem pierwszej płyty było robienie jej na jedno kopyto. Wszystkie kawałki były podobne, chociaż dało się to przeboleć zważając na ich jakość. Tutaj jest inaczej. To znaczy zarzut jest ten sam, ale kawałki są najwyżej średnie. Zupełnie mi się nie podobają. Nie ma tej porywczości. Zmiana stylu, którą prezentował już singiel Brainstorm, nie jest na miejscu. "In comparison to the band's debut album Whatever People Say I Am, That's What I'm Not, the album has been described as "very, very fast and very, very loud" - czytamy na angielskiej Wiki. Czyli - w porównaniu do Whatever... album został opisany jako bardzo, bardzo szybki i głośny.
Bez finezji z debiutanckiego albumu, łączącego ostrzejsze brzmienia oraz wolniejsze momenty. Błędy są te same, a nowy wizerunek szybkiego i głośnego rocka, moim zdaniem, nie jest dobry. Na uwagę zasługuje naprawdę tylko parę utworów. "The Bad Thing", "Fluorescent Adolescent", czy "Balaclava" to te wyjątki, które trzymają się jeszcze szalup, podczas gdy okręt tonie.

Mimo wszystko fani album przyjęli raczej dobrze. Mniej entuzjastycznie podeszli do sprawy krytycy, którzy już niezbyt dobrze oceniają pracę Małp. Zarzuca się im to, o czym już pisałem - takie samo granie przez cały album, oraz wiele więcej - między innymi odejście od dobrego imagu rockowych dzieci na rzecz dorosłych, zwyczajnych muzyków rockowych. Mi także ta zmiana nie specjalnie się podoba.

W każdym razie, jak bardzo bym nie narzekał, honorowo stwierdzić trzeba, że warto przesłuchać Favourite Worst Nightmare. Nie będzie to to samo, co Whatever…, na co fani nastawić muszą się zanim włączą płytę, ale zdecydowanie warto. Tym razem ci, którzy w tym gatunku nie gustują, nie mają czego szukać. Raczej dla prawdziwych i wiernych na amen fanów.

Utwory
1. Brianstorm
2. Teddy Picker
3. D Is For Dangerous
4. Balaclava
5. Fluorescent Adolescent
6. Only Ones Who Know
7. Do Me A Favour
8. This House Is a Circus
9. If You Were There, Beware
10. The Bad Thing
11. Old Yellow Bricks
12. 505
METRYCZKA
WYDAWCAEMI Records
DATA WYDANIA:23-04-2007
WYKONAWCA:Arctic Monkeys
PLYTA:Favourite Worst Nightmare
MOIM ZDANIEM
Łukasz 'Get' Stelmach
Arctic Monkeys to chyba najbardziej przereklamowany band w ostatnich latach. Ich debiutancki krążek był nudny, wtórny i nijaki, nie prezentował sobą nic, co zasługiwałoby na uwagę. Jednak brytyjskie dzieciaki go pokochały. Dlaczego? Otóż chłopaki byli autentyczni, śpiewali o bliskich każdemu przeciętnemu młodemu Brytyjczykowi sprawach. Artic Monkeys są na Wyspach głosem młodego pokolenia, artystami, którzy zostali pokochani właśnie za swoją lokalność. Jednak Małpy zyskali także fanów poza Królestwem, czemu zresztą trudno się dziwić, wszak zacofane muzycznie kraje (np. Polska) chętnie łykną wszystko to, co hajpem jest na zachodzie. "Whatever" było płytą kiepską, można było się więc spodziewać, iż drugim albumem chłopaki się poprawią. Nic z tego. Wciąż jest nudno, nieciekawie i na jedno kopyto. Są zespoły, które najpierw odniosły sukces, a dopiero potem nauczyły się grać - i udowodniły to w końcu, przykładem są np. The Strokes. Arctic Monkeys powinni brać z nich przykład, bo niestety nie widać u nich żadnego postępu.