11 dzień miesiąca wrzosów, noc

Ciemne sylwetki kołysały się rytmicznie w oparach kadzideł… Cienie pośród cieni pogrążone w odmętach rozpadającej się krypty…. Ich twarze pokrytą siecią tatuaży ginęły w mroku nie zdradzając jakichkolwiek odczuć.  Dogasające płomienie świec kołysały się chybotliwie pożerając resztki czarnego wosku… Pierwsza inkantacja.

Pomiędzy nimi, w kole z rozsypanego białego pyłu i rozlanej krwi, widać było zwłoki dorosłego mężczyzny. Zmaltretowane ciało, twarz wykrzywiona w grymasie bólu, dziesiątki podłużnych, niezagojonych ran zdradzających ślady fellagio. Zapadła cisza. Druga inkantacja.

Głosy zebranych zaczęły nabierać na sile przyjmując formę chybotliwej melodii. Na parapecie usiadł kruk. Za nim kolejny. Potem trzeci i czwarty… Stado ptaków, jakby zahipnotyzowane dźwiękiem toczącej się pieśni, rzuciło się w stronę chybotliwych sylwetek. Człowiek leżący pośrodku drgnął w nagłym spazmie. Otworzył oczy.

7 dzień miesiąca wrzosów

Odstawił kufel od ust z trudem powstrzymując śmiech.
– Kogóż ja widzę! Perxus Galba we własnej osobie!
– Garet Kerstus! – postawny mężczyzna w długim, zabrudzonym płaszczu uśmiechnął się serdecznie. Zniszczona, zarośnięta twarz pokryła się na chwilę siecią zmarszczek. – Tam gdzie zawsze w wieczór westernesse! Z pintą najlepszego trunku! Nie zmieniłeś się nic, a nic, przyjacielu…
– A jak! Wskaż mi lepszą mordownię od „Khaickich Kociaków”, a postawię ci beczkę chmielu!
Dwa kufle wypełnione po brzegi pianą stuknęły o blat stołu.
– Na koszt firmy! – rumiana kelnerka o piersiach wylewających się z dekoltu przyjęła ze śmiechem klapsa lądującego na pośladku. – Gar.. – szepnęła mu co ucha. – Lepiej oszczędzaj siły na dzisiejszą noc. – Mężczyźni zatonęli w cieniu pogrążają się w rozmowie.

Garet odsunął kufle od siebie, nachylając się ku swemu rozmówcy.
– …a więc powiadasz dwa tysiące septimów?
– Jak najbardziej. Z tego 200 płatne od razu. – Mieszek zamknięty w potężnej garści przesunął się po stole. – To rodzinna pamiątka. Obraz pamiętający czasy dwemerskich wojen.
– Alessandra…  skądś ją kojarzę….
– Powiadam ci, bardziej wytwornej damy w życiu nie spotkałem… – Perxus uśmiechnął się po raz kolejny. – Smukła kibić w ażurowej sukni. Małe, zabawne usteczka. Oczka niby u kocicy!
– Powiedz mi, czy tylko w septimach płaci za dostarczany towar?
Roześmiali się
– Następnym razem ja załatwiam pasera!
Garet spojrzał przez okno na zamkową wieżę.
– Ruszam za dwa dni.

9 dzień miesiąca wrzosów

Komendant straży Arinvel trzymał w swym apartamencie obraz przechwycony na khaickim statku. „Abandan”. Typowa, śmierdząca łajba z Południa, która rozbiła się o brzegi w trakcie ostatniej burzy. Chociaż „burza” to mało powiedziane… Takiej nawałnicy nie widział od początku swej służby… Drewniane dachy rybackich chat rozgniatane były niczym stopą niewidocznego olbrzyma… Porządki w całym mieście trwały jeszcze dwa miesiące…

Kontrabanda stanowiła największy problem nadmorskiej miejscowości. Beczki wypełnione po brzegi księżycowym cukrem, butelki ze skoomą, broń, papirusy z nekromanckimi zaklęciami. Imperium wzmacniało posterunki, ale przemytnicy zawsze wyprzedzali je o jeden krok. Podwójne dna… Portale ukryte w księgach pokładowych… Zacisnął w złości pięść.
W tym momencie zapadła ciemność.

Garet odłożył drewnianą pałkę chwytając za ramiona bezwładnie osunięte ciało. Z trudem ciągnąc je po podłodze podążał do otwartej okiennicy. Pozbywszy się balastu spojrzał na kominek  Dwie smukłe alabastrowe sylwetki oparte na marmurowej tafli. – Nieźleż się obłowił, Dabenusie… – Delikatnie podążał palcami po prawej, delikatnie rzeźbionej  kibici. Instynkt go nie zawiódł. Niewielkie wgłębienie. Stuk uruchomionego mechanizmu. Drzwi do schowka stały otworem. Zszedł po schodach do ukrytej komnaty.

Cel wyprawy wisiał tuż przed nim. Zniszczony obraz oprawiony w złote obramowanie, zapewne zamówione przez samego kapitana… W bladej poświacie spoglądał przez chwilę na dzieło nieznanego artysty. Ciemne barwy. Chaotyczne ruchy pędzlem. Człowiek ze spuszczoną głową i długich włosach sięgających pasa tkwił przywiązany do drzewa po środku obrazu. Wokół niego klęczały nagie kobiety o białej skórze. Z ich ramion wyrastały rozpostarte skrzydła.

Wyjął z kieszeni dostarczone mu zaklęcie, dziesięć słów mających zdjąć magiczne zabezpieczenia. Powoli wypowiadał słowa…  Khmait anathras… Khmait anathras… Z każdym kolejnym dźwiękiem czuł napływające powiewy zimnego powietrza. Serce zaczynało mu szybciej bić. Khmait anathras…

Odstawił świecący kamień na podłogę wyjmując zza pasa nóż. Przystawił ostrze do skóry naciskając na zgrubienia farby, drugą dłonią przytrzymując ramę. W tym momencie poczuł jak włosy jeżą mu się na karku. Nie mógł w to uwierzyć, ale przez moment wydawało mu się, że wszystkie kobiety na obrazie spoglądają prosto w jego oczy uśmiechając się szyderczo. W ciągu kilku chwil tętno przyśpieszyło mu po raz kolejny. Ręka zadrżała. Osobnik na obrazie powoli podniósł głowę przeszywając go spojrzeniem..

Garet stał zahipnotyzowany. Blade ramiona wysunęły się naraz z obrazu chwytając go za ubranie. Wciągnięty w bladą poświatę leżał sparaliżowany we wnętrzu… czegoś co miało być kolejnym źródłem zarobku, a zamieniło się w śmiertelną pułapkę. Alessandra. Skąd znał to imię?..  Ciało zawieszone na drzewie powoli opadło z konarów pochwycone przez szponiaste dłonie. Mężczyzna ściągnął z Gareta płaszcz, narzucając go na siebie. Blade, kobiece ramiona przytwierdzały teraz do drzewa nową ofiarę. Powoli płomienne nimfy zmieniały się w bezduszne posągi, zastygając w poprzedniej pozie. Pozostał sam wpatrując się w mrok.

Osuwał się w ciemność.

11 dzień miesiąca wrzosów, wieczór

Grupa jeźdźców lekkim truchtem wjeżdżała na wzniesienie W starym ogrodzie pośród alabastrowych figur widać było zwisające zwłoki.
– To on? – Jeden z mężczyzn zapytał drugiego.
Ten tylko skinął głową.
– Przygotujcie rytuał. Pora przywitać nowego członka Bractwa.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter